niedziela, 5 listopada 2017

Rozdział 1-„Nieznajomy”

     Podskoczyłam w miejscu na dźwięk trzaskających za bliźniakiem drzwi klnąc siarczyście pod nosem. Czy ten idiota zawsze musi tak ostentacyjnie zwracać na siebie uwagę? Specjalnie irytuje ojca testując jego cierpliwość, mogę przysiąc. Już i tak niewiele brakuje żeby skoczyli sobie do gardeł.
— Nie wiem co robić z tym chłopakiem. Nic do niego nie dociera, jak Boga kocham! — słuchałam wywodów staruszka przygryzając złamanego paznokcia. Przydługie, siwiejące włosy opadały kosmykami na jego czoło, a opuchnięte oczy wpatrywały się we mnie bystro. — Dobrze się czujesz skarbie? Pobladłaś.
— Nic mi nie jest. Zamyśliłam się tylko. — Zestresowana wytarłam palec o pomiętą od siedzenia sukienkę i odchrząknęłam cicho. — I przy okazji dostałam zawału.
— Oj Zuza, Zuza. — uniósł wysoko brew niecierpliwie stukając palcem o kierownicę. Wiedział, że nie powiedziałam mu wszystkiego, a nie należał do osób, które łatwo odpuszczają. Wręcz przeciwnie, zawsze wiercił dziurę w całym żeby doszukać się czegokolwiek, co potwierdziło by jego podejrzenia. — A tak szczerze?
     Spojrzałam na niego z pode łba wzdychając ciężko. Ten jeden jedyny raz mógłby sobie darować, naprawdę. Wiem, że urodził się z wbudowanym detektorem kłamstw w mózgu i nic na to nie poradzi, ale na dłuższą metę to się robi naprawdę nie do zniesienia.
— No przecież mówię, że się zamyśliłam.
— Ta, a ja co noc marzę o słodkich ustach pani Ewy. — wzdrygnęłam się z obrzydzeniem na wspomnienie starej sąsiadki nie ukrywając półuśmiechu wkradającego się na moje usta. Ta kobieta od dziecka napawała mnie strachem. Długie czerwone szpony, wytapirowane włosy i kupa zważonego fluidu na twarzy powodowała u mnie dreszcze za każdym razem, gdy pojawiała się na horyzoncie, a ja jak oparzona chowałam się przed nią gdzie popadnie. Robiłam dosłownie wszystko, żeby nie poczuć tego tradycyjnego, mokrego całusa na policzku, którego miała w zwyczaju dawać nawet obcym.
— No gorszego porównania to ty chyba nie mogłeś znaleźć. — dodałam kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Ale przynajmniej cię rozbawiłem —  zachichotał. — To jak, powiesz mi w końcu prawdę?
— To nic takiego. Ja tylko... No sam wiesz... Nie chce tam iść. — wskazałam głową ceglany budynek i zacisnęłam pięści. — Boję się.
— Ale czego? Przecież rozmawialiśmy...
— Ludzi. — przerwałam mu wręcz niedosłyszalnie, jednak wiedziałam, że wyłapał wyraźnie każdą, pojedynczą literę. Kto jak kto, ale on wiedział co przeżywałam i jak bardzo cierpiałam przez moich „przyjaciół", a raczej osoby, które kiedyś miałam w zwyczaju tak nazywać. Sam pomagał mi się pozbierać po ich zdradzie, która była dla mnie gwoździem do trumny po śmierci mamy. To wszystko przytłoczyło mnie za bardzo, a ja nie chciałam nawet oddychać nie mówiąc już o zwykłym egzystowaniu.
— Nikt cię tu nie zna. — zaczął delikatnie. — Więc nie masz powodu do strachu, nic o tobie nie wiedzą.
— I ty myślisz, że to coś zmieni?
— A nie? Pomyśl, możesz zacząć od nowa.
— Wiesz, że przeszłości się nie wymaże. — przygryzłam niebezpiecznie drgającą wargę. — To zawsze będzie się za mną ciągnąć i powtarzać w kółko i w kółko bez końca.
— Nie jeśli zaczniesz żyć teraźniejszością i przestaniesz oglądać się za siebie. Poznaj kogoś, wyjdź do kina, do kawiarni, na spacer. Cokolwiek! Pozbądź się w końcu swojej skorupy i pokaż się światu.
— Nie chce nikogo poznawać. Proszę cię nie zaczynajmy znowu tego tematu. — jęknęłam przeciągle błagalnym tonem.
— Jesteś straszną pesymistką dziecko. Musisz zrozumieć, że nie wszyscy są tacy sami, jak ci którzy cię skrzywdzili.
     Niechętnie odpięłam pasy przewieszając przez ramię małą, czarną torebkę. Wiedziałam, że w pewnym sensie miał racje, nie ukrywałam, że chciałabym się do kogoś zbliżyć, porozmawiać. Potrzebowałam kogoś szczerego... Ale mój umysł po prostu nie dopuszczał do siebie takiej myśli. Sama nie chciałam jej do siebie dopuścić, życie w samotności było o wiele łatwiejsze.
— Nieważne, zaraz wrócę. — wybełkotałam stając chwiejnie na zdrętwiałych nogach i w odróżnieniu od Michała zamykając drzwi jak cywilizowany człowiek. Zanim jednak odwróciłam się na pięcie ruszając w stronę bramy spojrzałam jeszcze przez okno na smutną minę taty. Nie chciałam go rozczarować, ale też nie chciałam robić sobie złudnych nadziei. Nie potrzebowałam więcej bólu niż miałam dotychczas, nie jestem masochistką do cholery.
     Strzepałam niewidzialny kurz z ubrania i oddychając nierówno z natłoku nerwów wręcz przebiegłam przez chodnik do samego końca. Czułam na sobie ciekawski wzrok innych, który nakręcał moje nogi do takiego stopnia, że niewiele brakowało do wybicia jedynek o betonowe schody przed budynkiem. Dopiero łapiąc za klamkę zwolniłam tempo i schowałam się w cichym, szkolnym korytarzu, który na tamtą chwilę był moim wybawieniem.
     Duże, brązowe ramy oprawiające zdjęcia absolwentów i nauczycieli idealnie komponowały się z świeżo odnowionymi, beżowymi ścianami. Wzdłuż nich porozkładane były drewniane ławki prowadzące to ogromnych okien, których parapety również służyły za siedziska, jednak miały o wiele lepszy widok na boisko i niewielki ogródek. Całość wyglądała naprawdę zadbanie, a pewno jaśniej i estetyczniej, niż w poprzednich placówkach do których chodziłam. Może dlatego, że akurat ta była prywatną?  Sama nie wiem, nigdy nie uważałam, że państwowe są gorsze. Szczerze mówiąc nigdy nie widziałam różnicy i pewnie gdyby nie rok który zdałam na najniższych ocenach z wszystkich możliwych, to wybrałabym tą drugą opcję. Mimo wszystko to miejsce miało w sobie coś osobliwego, specyficznego, ale i tak najlepszym była cisza, która odgradzała mnie od reszty uczniów siedzących na podwórku.
     Spojrzałam na zegarek zwisający luźno na nadgarstku unosząc do góry kąciki ust. Sześć minut, tyle zostało do końca przerwy, a ja omal nie posikałam się ze szczęścia. Mogłam załatwić wszystko nie rzucając się nikomu w oczy...
     Pośpieszając się w myślach błądziłam wzrokiem po otwartych salach. Żadna z nich jednak nie była tym czego szukałam, więc nie wiele myśląc weszłam na piętro pokonując co drugi schodek. Szłam prosto przed siebie i właśnie na wprost duża, pozłacana plakietka z napisem „Sekretariat" spowodowała pisk, który omal nie wyrwał się z mojego gardła. - pójdę jeszcze tam i już jadę do nowego domu, z którego nie wyściubię nosa aż do rana, obiecuję. Siłą mnie nie wydrą z pod ciepłej kołdry.
     Pukając delikatnie do uchylonych drzwi przywitałam się ze starszą kobietą siedzącą przed biurkiem. Zmrużyła oczy poprawiając okulary zsunięte na nos i uśmiechnęła się lekko w moją stronę. Siwe włosy upięte miała starannie w niskiego kucyka opadającego na przyduży, granatowy sweter. Jej chude ciało topiło się pod szerokimi ubraniami, bardziej sprawiając wrażenie wieszaka, niż żywego człowieka. Mimo wszystko miły wyraz twarzy i przyjemny głos nadrabiał nijakie, pierwsze wrażenie.
— W czym mogę ci pomóc dziecinko?
— Jestem nową uczennicą, miałam się zgłosić po odebranie rzeczy.
— Ah tak, tak, ty jesteś siostrą tego przystojnego młodzieńca, który był tu przed chwilą prawda? Jesteście do siebie tacy podobni. — klasnęła w dłonie wstając z miejsca.
     Skrzywiłam się na jej słowa, wiercąc czubkiem buta dziurę w podłodze. Podobni... Może tylko z wyglądu, bo z charakteru jesteśmy zupełnym przeciwieństwem. Kontrast rzuca się w oczy po jakiś pięciu sekundach przebywania w naszym towarzystwie. Tylko ślepy albo głupi wymyślił by podobny absurd.
— Tak, tak. — palnęłam wymijająco patrząc jak szła powolutku do dużej szafki na drugim końcu gabinetu. Wyciągnęła z niej małe, połyskujące zawiniątko brzęczące w rękach i niewielką kartkę, które po chwili wylądowały w mojej dłoni.
— Tutaj masz kluczyk do szafki i plan lekcji z linkiem i hasłem do twojego elektronicznego dzienniczka. Wystarczy tylko pobrać aplikacje i zalogować się. — uśmiechnęła się perliście. — A szatnie znajdziesz w piwnicach, od razu przy wejściu na lewo są schody w dół.
— Dziękuję. — powiedziałam grzecznie składając papierek i chowając go do kieszeni torebki, gdy usłyszałam głośny, przeszywający dźwięk dzwonka. Nie mogłam wyjść, musiałam poczekać, aż wszyscy dotrą na lekcje i zostawią mi wolną drogę, bo inaczej cały mój plan trafił by szlag. — Dokumenty doszły bez problemów? — dodałam niepewnie zachęcając staruszkę do rozmowy.
— Tak, przesłali nam wszystko faksem jakieś trzy dni temu, więc nie masz się czym przejmować słodziutka.
—To dobrze. — przestępowałam z nogi na nogę z zniecierpliwieniem. — Nie trzeba pani może pomóc? Mam jeszcze chwilkę czasu, a widzę tyle ciężkich segregatorów na biurku.
— Naprawdę? Byłabym bardzo wdzięczna, ta półka jest tak wysoko...
     Od razu chwyciłam wydzielone przedmioty i stając na palcach powkładałam je we właściwe luki przy drobnym instruktarzu. Posegregowałam również w kolejności alfabetycznej teczki na półce obok co łączyło się z cichymi westchnieniami szczęścia sekretarki.
— Taka z ciebie dobra duszyczka. — pogłaskała mnie trzęsącą się dłonią po głowie, posyłając ciepłe, czekoladowe spojrzenie. — Przychodź do mnie od razu gdybyś miała jakieś problemy skarbeńku, z chęcią się jakoś odwdzięczę za pomoc.
— Dziękuję, to bardzo miłe z pani strony, do widzenia. — rzuciłam wychodząc powoli z pomieszczenia na hol, który teoretycznie po kwadransie powinien świecić pustkami.
     Schodząc na parter czułam ogarniającą mnie ulgę. Gdybym tylko mogła unikać tak wszystkich każdego dnia, to śmiało stwierdziłabym, że Ktoś tam na górze idzie mi na rękę. Jednak życie zawsze robiło i będzie robić mi na złość.
     To była chwila, gdy odbiłam się od dziwnie twardej, ale zarazem miękkiej materii tracąc grunt pod nogami i upadając z hukiem na ziemię. Nie wiedziałam do końca co się ze mną stało, jedyne co czułam to pulsujący ból pośladków i pieczenie wykręconej w dziwny sposób stopy. Szczerze zdezorientowana uniosłam wzrok zatapiając się w ciemno szarych, niczym niebo podczas sztormu tęczówkach, które wpatrywały się we mnie z oszołomieniem. Nie zauważyłam nawet kiedy chłopak złapał mnie za nadgarstki pomagając wstać, a ja nie byłam w stanie zaprotestować, tylko wpatrywać się w jego piękne, hipnotyzujące oczy.
— Nic ci nie jest? — spytał czarując mnie niskim głosem rozbrzmiewającym echem w mojej głowie. — Cholera, chyba skręciłaś kostkę. Możesz na niej ustać?
— Chyb... Chyba... Chyba tak. — wyjąkałam z trudem łapiąc oddech.

Dupa blada, czemu on nie siedzi teraz w klasie jak reszta normalnych uczniów?!

— Na pewno?
     Taksowałam go wzrokiem jak ułomna, wyduszając z siebie ciche "mhm", które ledwo przedarło się przez moją krtań. Brązowe włosy roztrzepane w nieładzie pasowały do pełnych, malinowych ust i dołeczków pojawiających się wraz z szerokim, zabójczym uśmiechem. Czułam tylko jak uginały się pode mną kolana.
— Dużo dziewczyn na mnie leci, ale ty zrobiłaś to spektakularnie księżniczko. — zarechotał pod nosem przygryzając dolną wargę, a mnie wryło w posadzkę. — Uważaj bo jeszcze mi się to spodoba.
      Co on powiedział?  Spłonęłam rumieńcem aż po czubki uszu i zwiesiłam głowę. Uderzający zapach perfum zmieszany z dymem papierosów powodował kołatanie w mojej klatce, a ja za nic nie wiedziałam co się ze mną dzieję.
— Przepraszam. — bąknęłam zmieszana i wyrwałam się z uścisku nieznajomego biegnąc w stronę wyjścia jak skończona idiotka. Gnałam przed siebie ledwie nadążając ze spamiętaniem nóg. Lewa, prawa, lewa, prawa - powtarzałam w myślach, czując, że zaraz wypluje z siebie płuca, a raczej wszystkie możliwe wnętrzności podchodzące do gardła.
     Chyba zrzucę tu kilka dobrych kilo, albo zostanę chociaż długodystansową sprinterką. Przynajmniej będę mogła sprzeciwić się wszelkim opiniom, że szkoła nie zagwarantowała mi wykształcenia, prawda?
— Powiedz mi proszę, że śpieszy ci się tak do zobaczenia mieszkania. — zaskomlał zmęczony ojciec przekręcając kluczyki w stacyjce, gdy ja z gracją foki gramoliłam się na przednie miejsce pasażera.
     Nie odpowiadając walnęłam tylko głową o przygotowany zagłówek pomstując w myślach na swoją głupotę.
     Jak mogłam tak po prostu spieprzyć mu z pod nosa? Przecież wystarczyło odpyskować i odejść z podniesionym czołem pokazując mu, że mimo jego nieziemskiej przystojności... Stój, minimalnie zawyżonej atrakcyjności, nie jestem taka jak inne, które na pstryknięcie palcem rzuciły by się w jego ramiona. To był zwykły wypadek, nie jestem napaloną, bezmózgą panienką latającą za facetami dwadzieścia cztery na dobę. A w szczególności nie za pewnymi siebie arogantami z wybujałym ego!
— Było aż tak źle? — spytał przerzucając bieg i skręcając ze skupieniem w wąską uliczkę między blokami. — Czy może jednak zmieniłaś z kimś dwa słowa?
— Można tak powiedzieć. — spojrzałam na osiedle za szybą.
— Dziewczyna, czy chłopak?
— To drugie, ale raczej nie przypadniemy sobie do gustu.
— Jakiś palant? — uśmiechnął się pod nosem, a ja parsknęłam śmiechem patrząc na niego z czułością.
— Idealne określenie.