niedziela, 2 kwietnia 2017

Rozdział 1 – Nowy ląd

— „ Możemy być tak puści, jak moja klatka piersiowa, w środku tylko echo. Podążaj za mną jak lęki, które połykam i topię we wszystkich moich błędach. Jedyne co wiem to to, że twoja skóra krwawiła, niczym tusz kapiący z mojego pióra. Moje łóżko będzie okopem szkarłatnej, czerwonej róży i utonie we wszystkich moich błędach ” — Śpiewałam pod nosem niczym zahipnotyzowana delektując się czernią pod moimi powiekami. Miękka poduszka oddzielająca mnie od szyby wiła się pod niekontrolowanymi ruchami mojej głowy, dając przyjazny chłód, kojący obolały od podróży kark, a gumowa wycieraczka podwijała się pod stopami wybijającymi dynamiczny rytm. Jak zawsze wypowiadając każde słowo wyobrażałam sobie odzwierciedlające je obrazy, dołączając osoby, które znam, albo „wpinając” tam samą siebie. Może to podświadomość, a może zwykłe marzycielstwo, ale zawsze lubiłam wyobrażać sobie postać z identycznymi cechami charakteru w różnych, nawet abstrakcyjnych jak dla mnie sytuacjach, co mój brat od dziecka uznawał za zakrawające o psychikę.
     Dziwne. Od maleńkości wpajają nam, że warto być sobą, że bycie kimś wyjątkowym jest pożądane i dobrze postrzegane, a w rzeczywistości każdy, kto choć trochę odstaje od reszty, jest tłamszony i represjonowany, aby wtopił się w zwykły szary tłum przechodniów i mieszkańców każdego zamglonego kulturą masową miasta. 

— Przestań w końcu miauczeć do cholery —  wydusił przez zęby bliźniak, jednym ruchem wyrywając mi słuchawki z uszu. Jego zniesmaczona mina mówiła sama za siebie, a typowe dla niego pocieranie skroni opartą o podłokietnik ręką, było znakiem, że już ma dość dzielenia ze mną tak ograniczonej przestrzeni jaką było auto.
— Słownictwo koleżko — powiedział zza kierownicy tato patrząc w lusterko nad głową. — Nie zapominaj że w naszym domu masz się wyrażać.
— Nie jesteśmy w domu — poprawił go z ignorancją, na co ojciec zacisnął mocniej dłonie na kierownicy, sprawiając, że jego kostki pobladły do idealnie wypłowiałego, żółtego koloru.
— W takim razie wyrażaj się w towarzystwie moim i siostry. Mam gdzieś, jak odnosisz się do swoich kolegów i rówieśników, ale nas — zaintonował.  — masz szanować. 
     Cisza, która zapadła w ułamku sekundy, była przerażająca pusta, niezręczna i nie do zniesienia. Kocham ich, mimo przeżyć, przykrych słów i zdarzeń, ale za nic nie chce przebywać z nimi obojga w jednym miejscu, w tym samym czasie, to zbyt ryzykowne. Te wszystkie kłótnie, których nie potrafimy kontrolować i zakończyć, narastający przez nie ból, zawiść, to nie do zniesienia. Każda najmniejsza chwila, minuty, godziny, dni oddalają nas od siebie z coraz większym rozmachem, siejąc w nas rozczarowanie, smutek i żal, wyniszczający od środka każdego po kolei.  Krzyki jakie im towarzyszą rozdzierają nasze płuca, a akompaniament uderzeń pięści o blat stołu jak dotąd był ciągłą, stale powtarzaną atrakcją wieczoru. Spływające po policzkach, palące łzy każdy miał za nic , nie patrząc na kolejne rany otwierane na naszym sercu, czy umyśle. Chociaż nie, to nie były łzy. To ostatnie krople krwi tętniące w naszych sercach wypływały na zewnątrz brudząc nasze zmaltretowane policzki, po których czuło się pustkę i wszechogarniające odczłowieczenie. Nie było dla nas azylu, cichego zakamarka Jedyne co było dla nas pewne, to ból. Właśnie wtedy,  gdy już prawie wszystko zaczęło nam przypominać stratę, a nasze życie zmieniło się w istne piekło rodem z poematu Dantego, tata przejrzał na oczy. Postanowił przerwać katorgę i zacząć nasze życie na nowo. Na nowo... Chciał dać  nam szanse rozwoju, ucieczki przed tym co dotychczas nas otaczało, wyrwania naszych umysłów od tych trujących wspomnień. Chciał uratować nas wszystkich. Wiem, że gdy pracował do ostatek sił po nocach, starając się o awans, myślał o nas. O zabraniu nas tutaj, do Krakowa, do którego właśnie zmierzamy. W którym wszystko ma się zacząć.

— Kiedy będziemy na miejscu? — Spytałam cicho, gdy zjeżdżaliśmy z głównej drogi z nadzieją na wybawienie. Jeszcze chwila w tym aucie i oszaleje.
— Już jesteśmy  — wskazał ceglane budynki palcem, jedną ręką stabilizując kurs kierownicy. Każdy z nich miał odrębny wygląd, kolor, czy kształt okien, skupiających widok na szarych chodnikach, ograniczających ilość zieleni, czy masie ludzi pędzących gdzieś w pośpiechu. Przed oczami szybko przelatywały mi wystawy sklepowe zachęcające pięknie ubranymi manekinami do zakupu drogich, aczkolwiek pożądanych w tym sezonie ubrań, biżuterii naturalnie rozświetlającej witryny, czy cukierni kuszących wyglądem tortów dostępnych na każdą okazję. Po zaparkowaniu samochodu i pieszej wycieczce wręcz namacalne czuć było tłok jaki nas otaczał, lecz nie sprawiał on wrażenia krępującego. Przeciwnie, chciało się gnać za tymi ludźmi, zwiedzać każdy zakamarek, nasycać wzrok widokami zabytków i zasmakować każdego regionalnego przysmaku.
     Im dalej w głąb miasta kierując się w stronę starówki, tym więcej bodźców oddziaływało na organizm. Gdzieniegdzie  rosły poszczególne samotne drzewa, z alejek dobywała się muzyka odbijająca się od ścian kamienic, a do nozdrzy napływały zapachy z restauracji, których krzesła porozstawiane na chodnikach były przepełnione smakoszami żądnymi nowych przygód lub stałych i niezmiennych bywalców tych okolic. Nie dało się też przeoczyć majestatycznego pomnika Adama Mickiewicza, usytuowanego na przeciwko sukiennic, który został zbudowany prawie 120 lat temu, a jeszcze dalej rzeźbę spętanego Erosa, który moim zdaniem zresztą idealnie uzupełnia wygląd Starówki. 
    Chodząc po placu rozglądałam się na wszystkie strony, chcąc zapamiętać każdy, chociażby najmniejszy nic nie znaczący detal.  Rozgryźć myśli ludzi, odgadując grymasy wymalowane na twarzy, czy śledzić kierunek lotu gołębi.
— Jedzenie włoskie czy chińskie? — spytał rozradowany ojciec, jednak gdy zobaczył zbolałą, jak prawie zawsze, minę brata, opanował swój entuzjazm.
— Wszystko jedno — burknął chłopak chowając ręce w kieszenie dżinsów i powolnie sunąc obok nas po chodniku.
— A ja mam ochotę na włoską — powiedziałam uśmiechnięta przywracając tatowy dobry humor. — Od tygodnia chodzi za mną Lasagne.
— Oj to coś czuję, że napchamy się za wszystkie czasy — zaśmiał się ojczulek  zgrabnie oplatając moje ramiona ręką.
     Zarówno ja, jak i mój brzuch, byliśmy szczęśliwi przekraczając próg, schludnej i pięknie urządzonej restauracji. Na jasnych, beżowych ścianach wisiały wielkie obrazy winorośli ozdobione złotymi ramami, stoliki w kolorze jasnej olchy okryte były kawowymi obrusami ze złotą nicią, a zastawa olśniewała swoimi wzorami pnących się roślin.
— Co podać? — zapytała  radośnie młoda kelnerka, pożerając wzrokiem  ściągającego dżinsową kurtkę Michała.
— Poprosimy pastę ze szpinakiem, lasagne i małą pizzę — powiedział rozpromieniony rodziciel, szczęśliwy z ukończenia męczącej jazdy. — A do picia kawę, sok jabłkowy i wodę.
     Dziewczyna ochoczo kiwnęła głową i poszła do kuchni przekazać nasze obszerne zamówienie. Zarówno wycieczki duże i małe wzmagały w nas zawsze ogromny głód, który z chęcią zaspokajaliśmy w różnych restauracjach, co jakiś czas próbując nowych, nie zbadanych przez nas jeszcze smaków. Tym razem jednak postawiliśmy na naszą klasykę, czyli kuchnię, w której zawsze lubowała się nasza mama. Nie jednokrotnie próbowała pichcić coś samej w domu i muszę przyznać, wychodziło jej to świetnie. Świeże sałatki, bułeczki z oliwkami, risotto, penne w różnych walorach smakowych, aż na samo  wspomnienie człowiek robi się głodny.

     Oparłam się wygodniej o oparcie krzesła, gdy ojciec wyszedł na chwilę do łazienki. To głupota, pewnie nawet tego pożałuję, ale przyjęłam daną mi okazję.
— Przestań się tak zachowywać — poprosiłam cicho brata, bacznie obserwując drzwi toalety. — Nie widzisz, że sprawiasz mu przykrość?
     Spojrzał tylko na mnie tym okrutnym, osądzającym wzrokiem i posłał do diabła, by za chwilę zatopić się w komórce, która zaciekle wibrowała w jego dłoni przez cały dzień. Czasem nawet zastanawiało mnie z kim może spędzać tyle czasu na rozmowach, skoro zgodnie urwaliśmy kontakt z byłymi znajomymi i usunęliśmy  większość portali społecznościowych.
— Zaskakujące — burknęłam niezrozumiale pod nosem. – A myślałam, że nie masz przyjaciół.
     Zmarszczył brwi, jednak w głębi duszy musiał zaskoczyć go mój brak pokorności. Nigdy nie odezwałam się niegrzecznie w jego stronę, bo miałam wyższą potrzebę zjednywania sobie ludzi. Jednak nowe życie łączy się z nowymi cechami charakteru.
— Przestań szczekać bo ci kaganiec założę  — powiedział krótko, nie odrywając wzroku z ekranu.
— Żałosny typ i jego żałosne teksty. W sumie mogłam przewidzieć, że nie stać cię na nic lepszego, bo twój poziom kultury nie jest za wysoki.
— Ja jestem żałosny? To ty udajesz świętą, każdemu rwiesz się do pomocy, łudząc się,  że może ktoś cię polubi, dopuści bliżej do siebie, będzie chciał słuchać twojego bólu i problemów. Głupia. Każdy ma swój krzyż, swój świat, swoje błędy na karku, które go dręczą.  „ Szacunek jest ważny ”, „Trzeba pomagać innym ” — przedrzeźniał mnie , niebezpiecznie podwyższając ton głosu przy cedzeniu słów. — A taka prawda, że robisz z nich wtedy pępki świata, które karmią swoje ego jak wygłodniałe bestie.
     Fala gorąca na twarzy poskutkowała u mnie tylko rumieńcami wściekłości, które rozlewały się po całych policzkach. Nie wygra. Nie dam mu tej satysfakcji.
— Ona też taka była i właśnie za to ją kochałeś. Dlaczego w takim razie nie możesz zaakceptować mnie?—  zapytałam cicho, walcząc z rosnącą gulą w gardle.
     Parsknął tylko pod nosem, pierwszy raz od dwóch tygodni patrząc mi prosto w oczy. Jego mina jak zawsze nie oddawała żadnych emocji, a pustka wymalowana na jego źrenicach mroziła do szpiku kości.
— Nawet się z nią nie porównuj. Nigdy nie byłaś i nie będziesz taka jak ona — uśmiechnął się sztucznie, pokazując w ten sposób jego psychiczną przewagę nad moja osobą. Wiedział, że tak będzie. Nie mogło być inaczej, skoro zawsze kulę za sobą ogon. — Jedyna osoba do której jesteś podobna to ojciec. Tacy sami cnotliwi...
— Skończ — przerwałam mu zaciskając dłonie w pięści. — Wraca do stolika, więc chociaż sprawiaj pozory normalnego.
     Skrzywił się chcąc wypowiedzieć jeszcze jedno słowo, jednak zrezygnował wpatrując się w widok za oknem. Siedząca z nim rodzinę przy stole znów miał za nic. Typowy ignorant.
     Chciałabym to zmienić, zacząć od nowa. Jak  za dotknięciem różdżki sprawić,  żeby wróciło to, co kiedyś na wyciągnięcie ręki było niedoceniane, tak błahe i naturalne. Teraz ta naturalność zniknęła, roztopiła się jak kostka lodu poddana ciepłemu powietrzu, czy piórko wzniesione przez wiatr, mknące ku niewiadomej. Tak, wszystko się ulotniło. Wszystko przeminęło, schowało się w lukach naszej pamięci, igrając z jej kruchością. Każdy kolejny rozbudowany obraz, chwila w naszym życiu, doprowadziła do jej wyblaknięcia, zmatowienia. Każde dobre niegdyś wspomnienie zmieniło się w ciężar nałożony do końca życia, rękę kata zaciśniętą na barku, koszmar. 
     Może gdybyśmy odkryli to wcześniej. Gdyby było to bardziej oczywiste, łatwe do zauważenia. Wtedy na pewno było by inaczej, pewniej, może lepiej, a nawet normalnie, monotonnie. Może życie choć trudne i zaskakujące, było by dłuższe, jaśniejsze. Te barwy, które nas otaczały, pobudziły by do życia pragnienie, nadzieję... Za pewne się łudzę, lecz gdyby cofnąć czas, zgrabnie wyminąć nasze błędy, może by tu była. Tu, obok nas, prowadząc nas przez życie dobrą radą, asekurując pomocną ręką...
— Smacznego — wyrwała mnie z myśli  kelnerka kładąc pełne talerze na stole. Niemal od razu chwyciłam za sztućce, żądna wypełnienia burczącego od godziny żołądka.
— Dziękujemy i od razu poprosimy o rachunek — odpowiedziałam grzecznie, wpatrując się w rozpromienioną twarz młodej dziewczyny. Aż miło przebywać wśród ludzi, którzy chociażby jednym uśmiechem posłanym w sklepie bądź na ulicy, potrafią poprawić obcemu człowiekowi humor. Szkoda, że inni tego nie widzą i nie praktykują. Ponoć jeden miły gest wykonany w naszą stronę potrafi nie tylko zmienić nasz nastrój, ale też mocno oddziaływać na nasze wybory. Wystarczy podać za przykład osoby słabe i zranione psychicznie. Jak zwykła miła interakcja w ich stronę może wpływać na większą wiarę w siebie, czy zastopowanie niepożądanych myśli. Śmieszne, że w naszych rękach spoczywa  łatwo dostępne i skuteczne, naturalne "lekarstwo" na smutki, a większość z nas nie wiedząc jak go zaaplikować, szuka nic nie wartych zamienników. W końcu co bardziej podniesie na duchu, kolejna tabletka, czy może szczery niewinny śmiech dziecka przebiegającego obok nas?

     Chwyciłam w usta mały kęs makaronu  z sosem pomidorowym i mięsem, delektując podniebienie rozpływającym się serem oraz sklejonym z nim beszamelem. Odkąd skończyłam siedem lat nie potrafię się temu oprzeć. To po prostu czysty afrodyzjak.
— Zanim pojedziemy do domu, to zajedziemy jeszcze do szkoły. Musicie odebrać plany lekcji na jutro i wasze stroje.
— Jakie znowu stroje? — spytał zniesmaczony informacją bliźniak.
— Wasze mundurki — odpowiedział ojciec z jadowitym przekąsem w stronę brata. — Bez nich nie możecie wchodzić na lekcje.
     GENIUSZ! – pomyślałam, dopingując tatę, dumna z jego stoickiego spokoju, jakim teraz osaczał własnego syna. Nie wiem ile już walk na dominację przeżyli, ale w tej tata bezkompromisowo prowadzi jeden do zera.
— Chyba kpisz — wysyczał wyprowadzony z równowagi braciszek, co nie mogę ukryć łączyło się z przeszywającą mnie satysfakcją. — Nie założę na siebie tego gówna.
— Oj założysz, założysz. Chyba, że wolisz iść już do pracy, znaleźć sobie mieszkanie i być zdolnym do samodzielnego utrzymania się na takim poziome jaki masz teraz — odpowiedział z triumfem w głosie, zagryzając kolejny widelec makaronu.
    Nie popieram szantażu, ale ten na prawdę był skuteczny – zaśmiałam się w duchu, z góry patrząc na czerwone z gniewu uszy Michała – Najwyraźniej nie twój dzień kolego.
— A co z profilami?
— Przyjęli was na te, na których byliście, więc spokojnie, nie będziecie musieli się znosić — odetchnęliśmy z ulgą. — Ale musicie wybrać sobie jedno nadplanowe rozszerzenie i zajęcia dodatkowe.
—  I co jeszcze? — parsknął  chłopak, nie hamując okropnej i obrzydzającej mimiki swojej twarzy. Po ściągniętych policzkach i uwypuklonej szczęce łatwo było stwierdzić, że zaciska zęby najmocniej jak potrafi, hamując tym chociaż w małym stopniu swoje wybuchy złości. — Myślisz, że nie mam co robić w życiu? 
— A ty myślisz, że płacę za to na darmo ? Koniec z twoimi imprezami i szlajaniem się do piątej rano cholera wie gdzie. Zajmij się wreszcie własnym rozwojem, zamiast marnować siebie i swój potencjał — Oburzył się ojciec, również nie bawiąc się z utrzymaniem głosu na wodzy.
— Przestańcie — powiedziałam zażenowana ściskając mocno małą torebkę przewieszoną przez szyję. Łudziłam się myśląc, że tata panuje nad swoim zachowaniem. —  Chociaż w miejscu publicznym  nie róbcie awantur, błagam was.
     Jednocześnie, niczym zsynchronizowane zegarki, zmierzyli mnie wzrokiem, pełni furii w oczach. Mogą myśleć, że są inni, ale patrząc na nich widzę ich cienie, które plączą się ze sobą jak korzenie drzew. Oboje pełni złości, przekonani o racji swoich poczynań, nieprzejednani. Jak mam się ratować, skoro żywioł zwalcza żywioł tworząc katastrofę nie do przetrwania? 
— Zapłaćmy już i jedźmy. Im szybciej wszystko załatwimy, tym szybciej oswoimy się z nowym domem i odpoczniemy prawda? — zaproponowałam łagodnie, unikając kolejnej nieprzyjemnej interakcji. Za pewne i tak do końca dnia nie będzie za kolorowo.
     Nie zaszczycona odpowiedzią odsunęłam od siebie pusty talerz wstając od stołu. Wyjęłam portfel taty z kieszeni kurtki wiszącej na oparciu, odliczyłam okrągłą sumę dodając skromny napiwek, po czym schowałam pieniądze w książeczkę z rachunkiem i wyszłam z lokalu nie odwracając się za siebie. Nie potrzebuje ich towarzystwa, mam tego już po kokardki, albo i wyżej – parsknęłam w myślach powolnym krokiem ruszając przed siebie. Zwiewna, czarna sukienka podwijająca się na kolanach idealnie dopasowała się do dzisiejszej pogody, ponieważ jej cienki materiał nie kleił się do skóry dając efekt komfortu i świeżości, a długie loki związane w niechlujny kucyk dodawały mi dziewczęcego uroku. Spojrzałam na mały złoty zegarek mamy, który opadał luźno na moim nadgarstku – jest czternasta. Jeśli chcemy gdziekolwiek jeszcze pojechać, to lepiej żeby się sprężali – pomyślałam, przemierzając kolejny zakręt prowadzący do parkingu.
     Na wybrukowanym chodniku ogrodzonym zwisającymi łańcuchami stała nasza ciemno szara Toyota Corolla, która ledwo co ostygła, musiała być znów odpalona i gotowa do dalszej, krótkiej już drogi. Nagrzana maska, na której oparłam się czekając na kierowcę, parzyła w plecy nie do zniesienia, jednak stanie przy pustym samochodzie przez dłuższy czas mogło by wywołać nadmierne zainteresowanie przechodniów. Na dobrą sprawę nie chciała bym być oskarżona o próbę kradzieży własnego auta, to było by niezręczne, wiec wolę już nabawić się kilku czerwonych śladów. Zamknęłam oczy pozwalając sobie na złapanie głębszych, uspokajających wdechów, na które zazwyczaj człowiek nie ma czasu. Powietrze napływające do nozdrzy przepływało od gardła, aż po klatkę piersiową, budząc w niej delikatny, tępy ból, żeby na koniec dojść do płuc i wrócić z powrotem tą samą drogą. Przez okulary słoneczne prześwitywały jasne refleksy górującego na niebie słońca, muskającego każdy milimetr mojego ciała, od stóp, aż po czubek głowy, a na nieruchomej, zewnętrznej części dłoni zasiadł mały, brązowy motyl majestatycznie poruszający skrzydłami. Wpatrywałam się w niego z zachwytem, ciesząc oko ubarwieniem jakie posiadał.
— Pomyliłeś mnie z kwiatuszkiem kolego — szepnęłam, patrząc jak odlatuje do pobliskiej fontanny spłoszony dźwiękiem mojego głosu.
     Nie całe pięć minut później horyzont ukazał mi dwie ślamazary utrzymujące między sobą spory dystans. Nawet schodząc po schodach jeden musiał być na samej górze, a drugi na samym dole, żeby przypadkiem nie obdarować się przelotnym spojrzeniem. Ciekawe czy mieli jeszcze jakąś „ miłą ” pogawędkę po moim wyjściu, czy może darowali sobie rzucanie pustych słów na wiatr, jak to zwykle mieli w zwyczaju.  Życie jest okropne. Chociaż, może to ludzi są źli?  Sama  już nie wiem. Gdybym  powiedziała komuś, że kiedyś byli nierozłączni, to każdy uznał by mnie za wariatkę. Szkoda, że wszystko obróciło się tak mocno przeciw nim. Mogli odbudować to co było, być dla siebie opoką, jednak woleli się oddalić, a teraz obwiniać na wzajem o coś, na co nie mieli wpływu. Zresztą, na co nikt nie miał wpływu. Całkiem jak dzieci kłócące się o zabawkę, która dawno została zgubiona.
     Po otworzeniu drzwi od strony kierowcy blokada opadła, dzięki czemu bez problemu szybko i sprawnie usiadłam na swoje miejsce z tyłu. Cicho niczym mysz pod miotłą otworzyłam leżącą na wycieraczce przenośną lodówkę samochodową i wyciągnęłam z niej butelkę zimnej wody, którą odruchowo przyłożyłam do karku. Nie lubię takiej pogody, gdy duchota i ukrop odbierają ochotę do  wyściubiania nosa za próg domu, to dobijające. Właśnie dlatego od zawsze wolałam wiosnę. Wszystkie kwiaty i zwierzęta budzą się do życia, kolory dominują swoją świeżością, jest ciepło, tak jasno. Delikatny śpiew ptaków rozczula miliony ich słuchaczy, wyciąga z jesienno-zimowej traumy, pobudza do życia i poszukiwania nowych pasji, daje nadzieję. Nadzieję. Coś co nie każdy jest w stanie przy sobie utrzymać, pielęgnować.
 
     „Przecinaliśmy” ulicę szybko i sprawnie, by za chwilę, może w przeciągu dziesięciu minut, stanąć przed wielką bramą szkoły. Otaczały ją posadzone od wewnętrznej strony potężne, pełne soczystej zieleni dęby o majestatycznej, rozłożystej koronie, pod którymi ulokowano szerokie, czteroosobowe ławki. Siedzący na nich uczniowie mierzyli nas wzrokiem pełni zainteresowania, szepcząc coś z energią do znajomych i wskazując na nas palcem. Zmieszana i zniesmaczona takim zachowaniem ruszyłam za bratem, pierwszy raz ciesząc się,  że jest obok mnie. Nie obronił by mnie, co to to nie, nawet się nie łudzę, jednak dzięki niemu nie będę jedynym obiektem dzisiejszych plotek, które na pewno wypełnią te mury. Pociągnęłam mocno ciężkie drzwi i  zostawiając bliźniaka na zewnątrz wkroczyłam do pustego holu ogarniętego jasnym, prawie białym światłem  jarzeniówek, oświetlającym  jasno beżowe ściany. Jedna z nich ozdobiona była wielką brązowo–metaliczną ramą, ze zdjęciami wszystkich nauczycieli, pracujących w tej placówce od czasu jej otworzenia. Prawie każdy z nich miał przyjemne, ciepłe spojrzenie, jednak może to iluzja? Sztuka fotografii ? – pomyślałam idąc dalej przed  siebie. Z jednej z klas dochodziły ciche, stłumione dźwięki fortepianu , natomiast przez kolejne, tym razem uchylone drzwi, można było dostrzec siedzącą przed płótnem czarnowłosą dziewczynę. Sala w której się znajdowała wypełniona była przeróżnymi abstrakcyjnymi obrazami, a podłoga wyglądała tak, jakby krople spływające z pędzli rozpryskiwały się przy upadku o panele. Kawałek drewna natomiast, który przysłaniał mi resztę widoku, na wysokości pięciu centymetrów powyżej klamki, zabrudzony był czerwonym odbiciem dużej, męskiej dłoni.
     Dalsza część długiego korytarza, który nagle skręcał o dziewięćdziesiąt stopni w prawo, ozdobiona była wielkimi, przejrzystymi oknami, z szerokimi jak siedziska parapetami i dwiema kserokopiarkami wystawionymi na usługę czasem nieprzygotowanych uczniów. Tafla szkła pozwalała wpatrywać się w wielkie boisko z dwu piętrowymi trybunami na około, ogrodzonymi wysoką, zieloną siatką, na którym kilku chłopaków biegało za piłką na nagumowanej, bordowej powierzchni, ocierając twarz z potu. Że też w taki upał chce im się grać – pomyślałam stukając paznokciami o wysunięty, syntetyczny marmur i ruszyłam dalej przed siebie, kierując się w stronę lekko widocznych, zakrytych ścianą schodów, prowadzących na piętro. Wysunęłam nogę chcąc stanąć na pierwszy stopień, lecz poczułam tylko jak moja głowa tępo odbija się od dziwnie twardej  materii.
     Zbita z tropu uniosłam powolnie głowę i zobaczyłam coś, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ciemno szare, niczym niebo podczas sztormu tęczówki,  wpatrywały się we mnie uważnie, bacznie obserwując każde drgnięcie skóry na mojej twarzy, czy zadrżenie rzęs. Czułam jak przechodzą po mnie dreszcze, napinające moje ciało aż do nadgarstków, które oplecione były dużymi, silnymi dłońmi utrzymującymi mnie w pionie. Mocno ziołowa woń wody toaletowej, krążyła obok mnie, otaczając mnie swoją świeżością. Lawenda, estragon, szałwia, kardamon, pieprz, cedr, piżmo – to wszystko atakowało mój węch ze zdwojoną siłą powodując przyjemne, wręcz rozanielające mrowienie w okolicach policzków i klatki piersiowej, która zaciskała się niczym węzeł pod wpływem jego dotyku.
— Nic ci nie jest? — spytał chłopak, po tym jak niezgrabnie wylądowałam na jego klatce piersiowej.
— N... Ni... Nie. Przepraszam — wybełkotałam bezsilnie, zawstydzona opuszczając głowę.
     Czułam, że nieznajomy bada mnie wzorkiem od stóp do głów, widzi moje poddenerwowanie, moje zainteresowanie. Wiedział jak łapczywie wdycham jego intrygujący zapach ku uciesze moich płuc, jak drżę pod każdym muśnięciem jego palców na moich rękach, czy kulę się pod ciężarem jego hipnotyzującego wzroku. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że muszę wyglądać jak ułomne dziecko, które myślami obecne jest tylko we własnym świecie. Zgrabnie odsunęłam się na bok i wbiegłam na górę niczym oparzona, ani raz nie odwracając się za siebie. Co on musiał sobie o mnie pomyśleć?– przygryzłam wargę trącana prawdopodobnymi wersjami zdarzeń – Pewnie wyobraża sobie, że jestem jakąś idiotką, która nie ma w głowie więcej niż snopek siana, lub zwykłą, roztrzepaną gówniarą. Jaki wstyd...
     Szybkim krokiem weszłam do łazienki, odkręcając kurek kranu na szczyt jego możliwości. Niejednokrotnie opłukałam twarz lodowatą wodą, masując przy tym spięte mięśnie szczęki. Coś w środku mnie chciało krzyczeć, wrócić na dół, popatrzeć jeszcze chociaż chwilkę. Uspokajał mnie jednak znajomy zapach, który podczas zderzenie musiał wplątać się w moją sukienkę i włosy. Może nawet przesiąknął w moją skórę, serce. Nie, o czym ja myślę – skarciłam się rozkładając chusteczkę i przykładając ją do schłodzonej twarzy — Nie czas na takie głupoty. Dalej roztrzęsiona dziwnym zdarzeniem, po wyjściu tym razem na na pewno opustoszały korytarz, szukałam właściwego pokoju, w którym mogła bym odebrać wszystko, co  na tę chwilę było mi potrzebne. Szłam prosto przed siebie i właśnie na wprost duża, pozłacana plakietka z napisem „Sekretariat” spowodowała ciężki wydech powietrza – pójdę jeszcze tylko tam i już jadę do nowego domu.
— Dzień dobry! — powiedziałam do  starej jasnowłosej kobiety. — Jestem nową uczennicą, przyszłam odebrać plan lekcji.
— Dzień dobry — odpowiedziała ciszej, widocznie zaskoczona moim entuzjazmem, a może nawet wizytą. — Mogę  prosić o imię i nazwisko?
— Zuzanna Kawalik — uniosłam lekko kąciki ust, patrząc, jak staruszka powolnie przekłada kartki. Bardzo widoczne zmarszczki na jej czole rosły i malały pod wpływem ruchu brwi, które co jakiś czas wykazywały zdziwienie, by zaraz opaść nisko na oczy.
— Tak, tak znalazłam — mruknęła zadowolona, przelotne czytając słowa zapisane na kartce. — Trzecie miejsce w olimpiadzie z angielskiego, drugie w konkursie fotograficznym i ukończony kurs języka migowego. Bardzo ładnie — pochwaliła mnie,  przechodząc do dużej szafy obok. Lekko uchyliła jedno z jej drzwiczek i wyjęła z niej piękny, granatowy strój z nazwą szkoły wyszytą na kieszeni, po czym chwyciła kluczyk z otwartej szuflady i podała mi obie rzeczy.
— Dziękuję — powiedziałam kierując się w stronę wyjścia.
— Nie, Nie, nie, jeszcze nie uciekaj dziecko. Musisz podpisać mi, iż zapoznałaś się z regulaminem szkoły, systemem oceniania i wybrać sobie zajęcia dodatkowe.
— Zapomniałam — zaśmiałam się nerwowo, na powrót podchodząc do biurka i przyjmując plik dokumentów.

[...] 5. Zabrania się, wychodzenia poza teren szkoły w trakcie trwania zajęć lekcyjnych.
6. Palenie papierosów, spożywanie alkoholu oraz stosowanie innych używek na terenie szkoły, skutkuje wydaleniem z placówki w trybie natychmiastowym.
7. Uczeń ma obowiązek wywiązywać się z terminów testów, sprawdzianów, czy kartkówek. W przeciwnym wypadku otrzymuje ocenę negatywną, z możliwością poprawy w przeciągu dwóch tygodni od zaistniałej sytuacji. [...]

     Zapoznałam/–em się z treścią regulaminu:
       ...................................................................

     W pośpiechu trzęsącą ręką złożyłam koślawy podpis i oddałam papiery sekretarce, która prosząc żebym sekundkę poczekała, zniknęła w obszernym pomieszczeniu obok. Sądzę, że był to gabinet dyrektora, a wnioskując po braku pukania, czy prostego, kulturalnego „Mogę przeszkodzić?”, uznałam go za zupełnie pusty. Słyszałam tylko krzątaninę siwej pani mówiącej coś cicho pod nosem.
— Nie znajdę tej teczki... — dało się dosłyszeć, gdy ucichło szuranie  przekładanych po półkach segregatorów. — Przecież tu kładłam.
     Poczułam się trochę nieswojo i nie wiedziałam jak jej powiedzieć, że to co prawdopodobnie jest jej potrzebne, leży na biurku obok monitora komputera. W sumie ta cała sytuacja mnie nawet śmieszyła.
— Przepraszam, ale czy nie tego pani szuka? — spytałam grzecznie, po czym przygryzłam usta, starając się powstrzymać śmiech, co poskutkowało tylko rumianymi policzkami. Podczas, gdy kobieta przechodziła przez próg, ja wskazałam palcem na zawiniątko, na widok którego pokręciła tylko głową.
— Niemożliwe, przecież nie przynosiłam  tego tutaj — podrapała się po głowie, jakby chciała przypomnieć sobie jakim cudem znalazło się to tu, a nie tam, gdzie tego oczekiwała. — No nie ważne... Na ten rok organizujemy lekcje malarstwa, gry na pianinie, gitarze i skrzypcach, śpiewu, treningi piłki nożnej i piłki ręcznej oraz warsztaty psychologiczne.
— Psychologiczne? — wyłapałam zaciekawiona pocierając wierzchnią część dłoni. — Jak to wygląda?
— To jakiś nowy program, który dopiero wchodzi do szkół. Jest dużo takich młodych ludzi, którzy są bardzo słabi i podatni psychicznie, a nie mają od kogo wyciągnąć ręki i poprosić o pomoc, bo się boją. Współpraca z panią psycholog ma nauczyć was jak radzić sobie z problemami, jak im zaradzać, jak rozmawiać z ludźmi, jak zdrowo wyładowywać stres i...
— Jestem zainteresowana — wyrwałam się, przerywając kobiecie. To chyba moja jedyna nadzieja na zrozumienie, a nawet rozwiązanie sytuacji rodzinnej. — W jakie dni się odbywają?
— W środy i piątki — poprawiła okulary na nosie i spojrzała na mnie bystrym wzrokiem. Ciekawe co teraz chodzi jej po głowie.  A może co chodzi jej po głowie na mój temat? Nie, chyba mam jakąś nerwicę natręctw. W końcu kim ja jestem, żeby ludzie w ogóle się mną interesowali?
— Idealnie, do widzenia! — krzyknęłam, tym razem wybiegając z pomieszczenia. Po drodze wyłapałam wzrokiem rozmawiającego z kimś brata, lecz nie interesując się tym po prostu ruszyłam na podwórko, wprost na pchających się z powrotem do środka ludzi. Od jutra będę jednym z nich. Zwykłym uczniem, szarym człowiekiem niedostrzegalnym wśród tłumu. Ciekawe czy znajdę tu kogoś, z kim będę mogła porozmawiać. Z kim będę mogła się zaprzyjaźnić...
— Zejdź z drogi!  — krzyknął ktoś przede mną, a zaraz po tym poczułam mocnego kuksańca w ramię.

Dżungla. Tylko tak w tamtej chwili można było opisać to miejsce.

poniedziałek, 6 marca 2017

„ Podążaj za mną ” – Prolog

Jest taka chwila kiedy czujesz pustkę. Pustkę, której nie da się niczym wypełnić, której nie da się ominąć i nie da się oszukać. Czujesz strach przeszyty tęsknotą i żalem za czymś, czego nigdy nie miałaś. 
Chcesz zmienić czas, a najlepiej zniknąć, zapomnieć. Masz wrażenie, że jesteś sama pośrodku niczego, otoczona czarnymi pionkami na wielkiej szachownicy, w środku gry. Leżysz niczym martwa, czekając na ostatni ruch przeciwnika. Czujesz bezsens swojej egzystencji, dziwny chłód, ból.
Nagle coś jarzy się na horyzoncie. Przygaszony kolor różu, fioletu i zieleni. 
W jednej sekundzie zalewa cię czysty, nienasycony odcień błękitu. Rodzi się w tobie nadzieja. Wstajesz do walki, szydzisz z niedowiarków, a wcześniejsi wrogowie stają się twoimi sprzymierzeńcami.
To nasza wojna.
To moja wojna.
Nie. 
To moja wygrana.

Nowy początek

Witam was ciepło, mam na imię Kasia i jestem autorką tego bloga, który zawierać będzie moje autorskie opowiadania. Miałam już styczność z tego typu publikowaniem swoich prac na blogu escape-in-your-arms.blogspot.com, z którego może ktoś mnie zna. Został on porzucony z wielu aspektów prywatnych, natomiast to jest nowe, "świeże" miejsce mojej pracy. 
Mam nadzieję, że wam się tu spodoba, a nawet utworzycie tu sobie swoją własną przestrzeń relaksu i rozbudzonych emocji.